Wykres

Keynesizm i cykle koniunkturalne

Giełda

Wyjaśnianie przyczyn cykli koniunkturalnych to jedno z kluczowych wyzwań stojących przed makroekonomią. Na przestrzeni lat zauważono bowiem, że gospodarka nie rozwija się w sposób jednorodny i równomierny. Dlatego obserwuje się okresowe przyspieszenia praz spowolnienia gospodarcze, jak również wahania poziomu produkcji i ogólnego zatrudnienia. W skrajnych sytuacjach rodzą się kryzysy ekonomiczne, z których najbardziej znany i brzemienny w skutkach był kryzys lat 20-tych minionego stulecia. Ostatnimi laty świat żył jednak innym kryzysem. Chodzi o kryzys finansowy zapoczątkowany w roku 2005 w amerykańskiej branży kredytów hipotecznych, który następnie odbił się szerokim echem na rynkach całego świata. Wydarzenia te udowadniają, że problematyka dociekania przyczyn i skutków cykli koniunkturalnych pozostaje cały czas tak samo aktualna. Temat jest w dodatku tym bardziej poważny, że obserwując współczesne działania wielu rządów można dojść do wniosku, że są one po prostu powtórzeniem dawnych błędów i kierowaniem się niewłaściwymi paradygmatami ekonomicznymi.

Powstało do tej pory wiele teorii mających na celu wyjaśnienie zjawiska gwałtownych wahań gospodarczych. Jedną z najbardziej znanych jawi się teoria zaproponowana przez Johna Maynarda Keynesa. Nie chodzi w tym miejscu o jej trafność, geniusz albo walory poznawcze, lecz o gigantyczne oddziaływanie i wpływ, który udało się jej wywrzeć na historię świata po Wielkim Kryzysie. Od tej pory bowiem znacznie zmieniła się percepcja zjawisk występujących w gospodarce oraz priorytety i założenia polityki prowadzonej przez liczne państwa zachodnie. To niezwykle ważne, jako że zasadniczym celem szukania przyczyn powstawania kryzysów jest nic innego, jak zapobieganie tym zawirowaniom. Można więc powiedzieć, że to od umiejętnie postawionej diagnozy zależy typ i skuteczność późniejszej terapii. Keynesizm zaś jest niczym innym jak szeroko zakrojonym interwencjonizmem instytucji państwa w gospodarkę. Dla liberała to oczywiście diagnoza błędna, więc nie w takich działaniach należałoby szukać metod wyjścia z kryzysu. Do tej pory bowiem dość powszechnie zakładano, że rynek potrafi regulować się w sposób samoczynny, a źródła załamań pozostają poza tym mechanizmem. Tak czy inaczej teoria keynesowska zdobyła znaczną popularność, stała się po prostu modna. Dlaczego więc tak się stało?

Bez wątpienia jedną z głównych przyczyn zwycięstwa Johna Keynesa był fakt, że nadejścia Wielkiego Kryzysu nie sposób było wytłumaczyć w kategoriach ekonomii klasycznej. Klasyczna ekonomia opierała się bowiem na całkowicie fałszywym założeniu, że pieniądz pozostaje neutralny. Według klasyków zmiany w podaży środków płatniczych nie mają wpływu na bezrobocie czy ogólną produkcję. Dopiero Ludwig von Mises oraz Friedrich Hayek z austriackiej szkoły ekonomicznej obalili to twierdzenie. Ich teoria, a więc austriacka teoria cyklu koniunkturalnego stała na przeciwstawnym biegunie wobec poglądów Keynesa i jego zwolenników. Została jednak niedoceniona, przegrana, a następnie w znacznym stopniu zapomniana. Tymczasem gdyby to tezy Misesa-Hayeka legły u podstaw polityki gospodarczej po Wielkim Kryzysie, to z pewnością kraje zachodnie weszłyby na nowe tory rozwoju i dziś wyglądałyby inaczej. Warto zatem omówić je nieco dokładniej, lecz najpierw przypomnieć pomysły zaproponowane przez keynesistów.

Lord Keynes głosił, że kapitalizm sam z siebie niezdolny jest do równomiernego rozwoju. Posiada poważne wady prowadzące w rezultacie do okresowych perturbacji gospodarczych. Popyt oraz podaż nie mogą więc wyregulować się bez zewnętrznej ingerencji, a słowem kluczowym jest właśnie „niedostateczny popyt”, jaki państwo powinno pobudzić dostępnymi środkami. Dla Keynesa źródło kryzysu tkwi więc w gospodarce wolnorynkowej, a zatem powinno się prowadzić działania nierynkowe. Chodziło przede wszystkim o gigantyczne inwestycje rządu, opodatkowanie o wysokim stopniu progresji, pompowanie pieniędzy w upadające przedsiębiorstwa, zaniżanie stóp procentowych (tani kredyt) oraz nie przejmowanie się rosnącymi deficytami. Zasadniczo John Maynard Keynes był zdania, że oszczędności są czymś negatywnym, dlatego trzeba skłonić obywateli, by możliwie szybko wydawali posiadane przez siebie pieniądze. Tak też się stało, więc powiększały się wydatki z kasy państwowej, szybko rosły długi i szalała inflacja. Keynes przekonywał ponadto, że kolejnym etapem będzie zadziałanie tak zwanych efektów mnożnikowych, a poniesione nakłady zwrócą się wielokrotnie. Tak się jednak nie stało, a w końcu lat 70-tych szereg państw musiał zmierzyć się ze zjawiskiem stagflacji. W keynesowskiej teorii nic takiego nie mogło się po prostu wydarzyć. W rezultacie straciła ona poparcie i została wyparta przez monetaryzm – wynalazek Miltona Friedmana z chicagowskiej szkoły ekonomii. Mimo to działania podobne do proponowanych przez Keynesa są współcześnie realizowane przez światowe rządy na całym świecie. Warto powiedzieć przy tym także o zagadnieniach psychologicznych, które pomogły wypromować keynesizm kiedyś i robią to także teraz. Otóż w warunkach załamania, gdy masowo upadają firmy, a tłumy ludzi tracą pracę, to łatwo jest uwierzyć w państwową pomoc. Obywatele powszechnie „kupują” tezy o potrzebie zwiększania nakładów na zasiłki socjalne albo „ratowania” upadających przedsiębiorstw.

Teorie wrogie wymysłom Keynesa głosiły diametralnie inne wyjaśnienie kryzysu. Jego źródła dopatrywały się w sztucznym, chwilowym przeinwestowaniu. Nieudane inwestycje powinny po prostu upaść i tym samym oczyścić rynek ze źle ulokowanego kapitału. Jeśli pozwoli się działać wolnemu rynkowi, to w końcu produkcja i zatrudnienie powrócą do naturalnego stanu. Dlatego bankructwa nie są czymś złym, a wręcz koniecznym w zdrowej gospodarcze. Złe, nadmiarowe czy nieprzemyślane inwestycje mają upaść, a system powróci do równowagi. Oczywiście im większy kryzys, tym odbicie się będzie bardziej bolesne, a spektakularne bankructwa i potrzeba szukania nowej pracy, to na pewno nic przyjemnego dla wielu osób.

Należy w tym miejscu wrócić do teorii austriackiej i jej założeń. Według niej okresowe przeinwestowania i późniejsze załamania to nie rezultat działania sił rynkowych, ale efekt złej polityki monetarnej. Nie ma przy tym znaczenia czy chodzi o świat na początku XXI wieku czy stulecie wcześniej. Głoszona przez część ekonomistów neutralność pieniądza jest mitem oraz mrzonką, a polityka monetarna wydatnie wpływa na decyzje podejmowane przez przedsiębiorców oraz konsumentów czy na alokację kapitału. Przypomnijmy przy tym, że posługujemy się dziś pieniądzem na wskroś fiducjarnym, czyli takim, który nie ma pokrycia w żadnych realnych dobrach. Bardzo niskie stopy procentowe, polityka poluzowań ilościowych i szeroko zakrojona interwencja państwa w sektor kredytów hipotecznych (w tym subprime – wysokiego ryzyka) spowodowały tak zwaną ekspansję kredytową. Masy biednych, bezrobotnych i ogólnie obywateli, których nie było na to stać – zaczęły nabywać nieruchomości! Rosła bańka spekulacyjna oraz nietrafione inwestycje, które nigdy nie zostaną dokończone czy opłacone. Widać więc wyraźnie, że polityka monetarna miała istotny wpływ na alokację kapitału i doprowadziła do sytuacji, która nie miałaby miejsca w warunkach wolnorynkowych. Bańka spekulacyjna musiała prędzej czy później pęknąć, upadł wielki bank Lehman Brothers, a rzesze Amerykanów tracą „swoje” domy. Po sztucznie wywołanym boomie przychodzi czas na nieuchronne załamanie. Załamanie zaś jest tym bardziej bolesne, im większy był boom związany z ekspansją kredytową. Rząd amerykański powinien zatem przyjąć na siebie recesję jako proces oczyszczenia gospodarki jednak nie byłyby to działania popularne. Tak więc w odpowiedzi na skutki nieograniczonej podaży pieniądza oraz manipulacji FED-u zaczęto wprowadzać jeszcze więcej interwencjonizmu państwowego. Opracowywano tzw. pakiety pomocy oraz debatowano na „pompowaniem pieniędzy w gospodarkę”, w tym w upadające przedsiębiorstwa. Oczywiście środki te muszą być uprzednio wyrwane z szeroko rozumianej gospodarki. Nie ważne przy tym czy to jawne opodatkowanie, czy dodruk, a więc zwiększanie inflacji. Jak na ironię liczni dziennikarze powtarzają przy okazji tezy o załamaniu się kapitalizmu, a rozzłoszczony tłum domaga się ciągłego utrzymywania zaniżonych stóp procentowych i tanich kredytów dla każdego.

Naturalnie podobne decyzje na dłuższą metę przyniosą katastrofalne skutki, podobnie jak wcześniej polityka keynesizmu przedłużyła kryzys na dwadzieścia lat. Można porównać to do leczenia narkomana poprzez podawanie mu coraz większych porcji narkotyku. Pieniądze znacznie łatwiej wydać niż zarobić, a już najłatwiej i najmniej przemyślanie wydaje się cudze pieniądze. Dlatego niestety doraźne korzyści są tak często przedkładane nad korzyści długookresowe, a długi przerzucane na przyszłe pokolenia.

daj ocenę (2 / 1)

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o